News

Reinkarnacja - część druga.

Już drugi raz przez dłuższy czas nie dawaliśmy oznak życia w internetowym światku. Najwyższa pora to zmienić. Przez ten okres miało miejsce kilka imprez, na których zjawiła się niestety (z różnych względów) jedynie garstka Czerwonych Wilków. Odbyła się m.in. druga edycja Mikołajów w Dąbrówce Kościelnej (paintballowa akcja charytatywna), a także kilka malowań w nowych miejscówkach organizowanych też przez innych (niż Lewro i jego ekipa) ludzi. Wraz z nastaniem zimy, coraz ciężej było o udane imprezy, ponieważ przez ostatnie kilka miesięcy dość skutecznie plany krzyżowała nam aura. Trudno jednoznacznie stwierdzić, czy to mróż i zaspy dały się nam tak we znaki, że tylko kilku członków drużyny przybywa na imprezy, czy po prostu zapanowało ogólnie zniechęcenie (jakis farbowstręt czy coś), czy może problemy osobisto-zawodowo-zdrowotno-logistyczno-finansowe przyczyniły się do tak słabej frekwencji ze strony Red Wolves.
W międzyczasie pojawiło się na horyzoncie kilka nowych twarzy, więc może w końcu uda się nam uformować jakiś większy trwały skład. Bardzo na to liczymy. Więcej nie ma się co rozpisywać - tylko zacząć malowanie A.D. 2010 tak na dobre ;)

Allegro D-Day - wrażenia ogólne

10.10.2009 - Dąbrówka Kościelna
Raz dałem Lanji się wypowiedzieć i teraz jak mam wrócić do pisania reportaży, to czuję się jak bym zapomniał języka w gębie... Powaga - nie wiem co pisać. Albo inaczej: nie wiem od czego zacząć, a jest naprawdę sporo do opowiadania.
A więc tak... Mieliśmy nadzieję, że jako team będziemy trochę liczniej reprezentowani, natomiast z imprezy parę dni wcześniej wycofał się Cyber, a na miejscu okazało się, że Lesio przyjechał w zasadzie tylko w charakterze szofera Loshy, ponieważ wypadło coś ważnego i szybko musiał wracać do Poznania. Zostaliśmy więc we trzech: Losha, LWolf i ja (czyli Watson), plus jeszcze kilkoro krewnych i znajomych królika. Był m.in. Stahu, który był z nami na ostatniej Dąbrówce, ale on tym razem zasilił szeregi przeciwnej strony konfliktu. Na całe szczęście wbrew prognozom - dopisała nam ładna, bezdeszczowa pogoda.
Ale zacznijmy może od kwestii organizacyjnych. Już z początku nie byliśmy zachwyceni zasadą FPO (Field Paintballs Only), zwłaszcza że wiedzieliśmy, iż naszych ukochanych Meteorków tym razem nie będziemy mogli używać. Przetestowaliśmy kilka typów kulek, ale niestety nie za bardzo nadawały się one do gry na naszym sprzęcie (po raz pierwszy od kilkunastu tysięcy kulek wystrzelanych na BT uświadczyłem ścięcia w lufie...). Tak więc raz na jakiś czas trzeba było sprzęt przeczyścić. Na samym stoisku Fanatixa - jeśli ktoś tylko miał ochotę - była możliwość pogrania w wirtualnego speedballa na PlayStation 3, aczkolwiek po tym jak zobaczyłem jakie baty zebrał LWolf od komputerowego przeciwnika - jakoś odechciało mi się próbować swych sił w tej dziedzinie :P Ponadto od samego początku, gdy dopiero przygotowywaliśmy sprzęt do gry - przyczepili się do nas jacyś jegomoście z kamerą, co by przeprowadzić jakiś "interwju". Jeszcze później parę razy mieliśmy okazję spotkać się z nimi na polu gry.
Przejdźmy jednak do kwestii gry właściwej. Przydzieleni zostaliśmy do "czerwonej" strony konfliktu (i dobrze, bo trudno, żeby Czerwone Wilki miały być żółte :P ) wraz z ekipą NoName. Natomiast wśród przeciwników znalazło się kilka osób z AT1 oraz jednostki z High Huntersów czy WST. Rozgrywki odbywały się na zasadach znanych nam z War Games, czyli specjalności oraz przywileje osób z większą liczbą punktów honoru były jak najbardziej brane pod uwagę. Losha zadebiutował jako medyk, do czego na starcie ciężko było mu się przyzwyczaić.
Początek pierwszego scenariusza był dość ciekawy, ponieważ z każdej ze stron wyłoniono 10 osób, które uniemożliwiały całej reszcie (czyli ok. 90 osobom) strony przeciwnej wejście do gry. O dziwo udało się nam jednak opanować znaczną część pola gry i można chyba powiedzieć, że tu byliśmy górą. Druga rozgrywka (zdobycie 4 flag na polu) była dla nas nie lada zaskoczeniem. Po szybkim zdobyciu 2 flag i zażartej walce o trzecią flagę (przy ratuszu), zostaliśmy ostro zepchnięci do defensywy i w dość niedługim czasie utraciliśmy dwie wcześniej zdobyte flagi na rzecz "żółtych". Totalna klęska. Później było już tylko z górki. Można powiedzieć, że w każdej kolejnej rozgrywce mieliśmy coraz większą przewagę - zwłaszcza, że po raz pierwszy w naszej historii rozgrywek War Games udało się nam w końcu odbić pilota i szczęśliwie dotransportować go do helikoptera, natomiast w tym samym scenariuszu rozgrywanym po zamianie stron "żółci" nawet nie byli w stanie podejść pod fort, w którym pilot był trzymany. Miażdżąca wręcz przewaga została udokumentowana ostatnimi 2 rozgrywkami, w której każda ze stron miała wysadzić 9 ładunków (za pomocą baterii 9V), znajdujących się na obrzeżach wioski. Najpierw "żółci" nie dali rady wysadzić ani jednego ładunku, podczas gdy my w trakcie rozgrywki rewanżowej w zasadzie "wykurzyliśmy" ich z wioski i na przeszkodzie przed odpaleniem ostatnich 3 ładunków stanął nam koniec czasu przeznaczonego na tą rozgrywkę.
Ogólnie rzecz biorąc - chyba obydwie strony miały ogromną frajdę z tej imprezy, chociaż zaserwowaliśmy "żółtym" istną rzeź niewiniątek... Ale tak to jest: raz na wozie, raz pod wozem. Jak za jakiś czas zjawimy się (my, czyli Red Wolves) na War Games Division, to pewnie inne teamy też nam zrobią z d... jesień średniowiecza. Ale wszystko to już jest wkalkulowane w ryzyko zawodowe - grunt to się nie poddawać i zachować ducha walki oraz ducha fair play.
W międzyczasie w ramach obiadu zaserwowano grochówkę, a na wieczór (już po wszystkich rozgrywkach) była świetna kolacja (szaszłyki, kaszanki i inne mięcha, ogóry kiszone, surówki i takie tam...), do tego browar i inne bezalkoholowe trunki za free, losowanie nagród (niestety nikt z nas tym razem się nie załapał) i tańce, hulanki, swawola... Szkoda, że Lanji nie było, bo nawet salsę można było potańczyć - sam się zdziwiłem, jak latino usłyszałem, a że miejsca było naprawdę sporo, to dalybymy radę :P Jakoś w ciągu dnia jeszcze było nawet ciasto, którego ja niestety nawet nie miałem przyjemności zobaczyć - nie mówiąc już o spróbowaniu :(
Kolejny szczegół, który pozytywnie nas zaskoczył, to duża liczba przedstawicielek płci pięknej, które też chciały się postrzelać - dobrze rokuje to na przyszłość i dalszy rozwój paintballa w naszym regionie :) Na pamiątkę zostały nam smycze organizatora, czyli Allegro, sporo wrażeń z akcji na "poligonie" oraz liczne (lub mniej liczne) siniaki. Ci, których zabrakło - naprawdę mają czego żałować...
A oto link do relacji z naszej imprezy mediów gnieźnieńskich, których przedstawiciele od samego początku nam towarzyszyli.



Babska perspektywa (relacja Lanji)

20.09.2009 - Dąbrówka Kościelna
Teraz ja! Czas dać kolegom trochę odpocząć i odrobinkę punkt widzenia w relacjonowaniu zmienić... Dąbrówka super – uczestniczyła w niej część RW (Watson, Losha, Lanja z satelitarnym udziałem Małego Kaprala, Empiego, Staha i tajemniczego Krzysia – pozdrawiamy :)).
Po Platoonie apetyt na pospolite ruszenie tak jakby się troszkę u mnie zaostrzył, dlatego mi osobiście zabrakło drużyn – niestety podobnie jak RW, na tej grze również nielicznie stawili się reprezentanci innych teamów. Duża frekwencja niezrzeszonych i mugoli, co Lewro zresztą podkreślał, jak zwykle w dosadnym stylu, przy szczegółowo omawianych zasadach bezpieczeństwa…Groźba bana na grę powyżej 300 fps nie okazała się z jego strony li i jedynie czczą pogróżką - pojawiło się lotne chrono, za co wielki ukłon z podziękowaniem dla organizatora imprezy (cóż, "dzień bez wślizgu jest dniem straconym", jak mawiali Indianie).
Spora niespodzianka, po raz pierwszy od dłuższego czasu miałam subiektywne wrażenie, że gram po stronie, która faktycznie wygrywa! Niezłe strategie, szybko rozgrywane scenariusze – no i scenariusz Plemiona (z 4 stronami konfliktu), w którym koniecznie trzeba było wziąć udział. Koncepcja Loshy, przyjęta przez resztę Zielonych i wprowadzona w życie pozwoliła nam przemknąć obok wrogich drużyn i praaaawie udałoby się dopaść flagi, gdyby nie odrobinę szybsi Niebiescy...
Podsłuchane: gdy schodziłam z pola moje wielkie gumowe ucho złowiło krótką wypowiedź jednego z zielonych współplemieńców (non-RW jednak): "W końcu czułem, że gramy w jednej drużynie". I o to chodzi, bo przecież już nasi prapraprapradziadowie zakrzykiwali: "Kupą, panowie bracia, kupą!". W końcu szlachectwo zobowiązuje. Nieważne zresztą, przegrani czy wygrani, grunt, żeby się dobrze grało, a zatem team spirit nade wszystko (wybacz mi Watson te propagandowe wstawki, ale to moja relacja ;)).
No i test na posłuszeństwo. Podczas rajdu przez las, gdy w dzikim pędzie gnam za Empim i Kapralem ku fladze, z włosem rozwianym pod maską, dobiega mnie nagle pytanie ze strony starszego stopniem: "Lanja, zostajesz?". Staję jak wryta: Jak to, teraz? Kiedy wiktoria wydaje się już być tak blisko? Po czym słyszę swój głos mówiący: "Jeśli mi każesz, zostanę". Rozkazu nie ma. Uff. Pędzę dalej. Czy zdałam?





News - archiwum